Biznes na czterech łapach

Trzy projekty i trzy historie, których by nie było, gdyby nie zwierzęta. To one stały się inspiracją do założenia własnego biznesu przez ich opiekunów.

Luis i myKotty

Drapaki i legowiska od myKotty (mykotty.pl) robią furorę nie tylko w Polsce. Zachwycają kociarzy w całej Europie i za oceanem. A wszystko zaczęło się od Luisa, kocura, którego ponad 10 lat temu przygarnęli ze schroniska Marta Pietrusiak i Mariusz Małecki z Poznania. – Po prostu szukałam fajnych i ładnych rzeczy dla kota. A że Luis, jak większość kotów, kocha tekturę, wpadliśmy na pomysł, żeby stworzyć własny produkt. Tak powstały nasze drapaki z tektury – opowiada Marta. Pierwsze drapaki myKotty wypuściło na rynek w 2013 roku. Droga do powstania firmy nie była prosta – jak opowiadają jej twórcy, stworzenie idealnego produktu zajęło mnóstwo czasu, ale udało im się wypracować unikalną technologię, która sprawia, że drapaki mają charakterystyczną zamszową w dotyku powierzchnię.

Marta Pietrusiak nie ma wątpliwości, że wzięcie pod swój dach kota, zmienia życie. – Luis to kot bardzo stonowany, taki bardziej pieso-kot. Potem pojawił się Figo, to prawdziwy łowca, koci krejzol. Mając dwa tak różne kocie charaktery, mamy mnóstwo inspiracji, żeby tworzyć kolejne produkty dla ludzi takich jak my – którzy kochają koty i są pasjonatami dobrych wnętrz – mówi Marta. Z wieloma klientami przyjaźni się, a fani myKotty tworzą zgraną społeczność.

Bonzo i Warsaw Dog

Warsaw Dog (warsawdog.com) to modowe psie akcesoria. Przede wszystkim smycze, obroże i szelki. A wszystko zaczęło się od dnia, kiedy Zosia Kwiatkowska adoptowała ze schroniska psa o imieniu Bonzo. Pies – dosłownie – przewrócił jej życie do góry nogami. Najpierw założyła jeden z najbardziej rozpoznawanych psich blogów pieswwarszawie.pl. Jako blogerka organizowała spotkania psiarzy i wtedy poznała Kubę Olbrychta i jego bokserkę Millę. Bonzo i Milla bardzo się polubiły, więc Zosia i Kuba coraz częściej się spotykali, a dziś… są już małżeństwem. – Chcieliśmy robić coś wspólnie i jakoś połączyć to z naszymi psami. Tak powstał Warsaw Dog. Psy coraz częściej wchodzą w przestrzeń publiczną i nasz pomysł był taki, aby pies wyróżniał się, był bardziej widoczny i kolorowy – mówi Zosia.

Choć trudno w to uwierzyć, Warsaw Dog przez pierwszy rok działalności mieścił się w mieszkaniu Zosi i Kuby, czyli trzydziestoparometrowej kawalerce na warszawskiej Białołęce. Dom był jednocześnie biurem, magazynem, szwalnią. – Firma się rozwija i od niedawna mamy własne biuro – mówi Zosia Kwiatkowska. A „łorsołdogi” to marka coraz bardziej rozpoznawana przez psiarzy – chociażby ze względu na unikatowe kolorowe karabinki i wzory projektowane specjalnie dla tej marki.

Limba i DingDog

Pomysł na ten projekt (dingdog.pl) zrodził się w Dziemianach, niewielkiej wsi na Kaszubach. Najpierw Marzena Polańska podjęła jedną z kluczowych decyzji w swoim życiu: rzuciła pracę w korporacji i założyła pracownię kreatywną – firmę zajmującą się kreowaniem wizerunku firm. Miała wówczas dwie suki – Sarę i Limbę. Kiedy pożegnała Sarę, Limbie ewidentnie zaczęło brakować towarzystwa.

– Po prostu złapała lekką depresję. Zaczęłam zastanawiać się, jak znaleźć jakichś kompanów do wspólnych spacerów i zabawy i tak narodziła się idea, żeby stworzyć aplikację dla psiarzy. Tak powstał DingDog – mówi Marzena. To aplikacja mobilna, dzięki której opiekunowie psów mogą tworzyć profile oraz szukać towarzystwa na spacerach. Wystarczy zameldować się, wychodząc na spacer. Albo umówić się z kimś z okolicy poprzez wiadomości. Nie bez powodu media natychmiast okrzyknęły DingDoga psim Tinderem.

W grudniu ubiegłego roku, kiedy trwały prace nad wersją aplikacji na iPhony – po ciężkiej chorobie odeszła Limba. To dlatego wersja na iPhony, która była gotowa wiosną, nazywa się Limba. Dziś psim towarzyszem i inspiracją Marzeny jest Yoda, kundelek adoptowany ze schroniska. I choć sama Marzena Polańska mówi, że DingDog póki co jest jeszcze szczeniakiem, to z dnia na dzień liczba dingodogowców w całej Polsce się powiększa.